Ta strona używa plików cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia zindywidualizowanych usług oraz tworzenia statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia w opcjach Twojej przeglądarki. więcej informacji
EN
KUP BILET
30 11

EtnoKraków redefiniuje różnorodność europejskiego folku

  1. festiwal muzyki etno w Krakowie połączył odmienność i awangardę na ponad 20 koncertach, zagranych przez muzyków pochodzących z piętnastu krajów.

EtnoKraków/Rozstaje jest jednym z najprężniejszych festiwali muzyki ludowej i etnicznej na scenie środkowoeuropejskiej. Rok po roku, już od dwudziestu jeden lat, przez kilka dni poddajemy się zaraźliwej hipnozie, frywolnie i bezinteresownie dając złapać się w sieci, pozwalając zanurzyć się w mirażach godnej zachowania i zapamiętania przeszłości. Festiwal oferuje propozycje, w których niczym nieskażone tradycja i folklor cieszą się akceptacją, dobrym zdrowiem i doskonałym przyjęciem. Dwadzieścia koncertów i dziesięć warsztatów zaplanowanych między 2 a 7 lipca odbywało się na ośmiu scenach rozmieszczonych w dawnej stolicy Polski, obracających się wokół dwóch centralnych osi. Z jednej strony Scena in crudo, na której zabrano propozycje wiernego i godnego odtworzenia tradycji (Virtualnaja Derevnia, Teresa Mirga & Kałe Bała, Svetlana Spajić Group), a z drugiej Scena Inspiracje, tworzona przez zespoły kierujące ku przyszłości przeszłe dziedzictwo, wypełniając je nowymi współczesnymi dźwiękami (Trio Felixa Lajkó, Tamara Obrovac Transhistria Ensemble i Kukurba-Słowiński Project).

Geografia nie jest wszak jednoznaczna. Kiedy o niej mówimy, zwykle porównujemy ją do podziału administracyjnego, do ostatniej aktualizacji mapy politycznej, do planów Google Earth. Istnieje tysiąc sposobów na podzielenie Europy, a dla każdej eufemistycznej oficjalnej wersji istnieje alternatywa, odsyłająca nas do nieużywanych map, do przeszłych szlaków, do rozdroży. Rozdroża to motto krakowskiego festiwalu. Kto wie, może wymarcie europejskiego judaizmu, przepełnionego w przeszłości wędrownym nomadyzmem, przyczyni się kiedyś do jeszcze większego usztywnienia bezruchu granic i zwyczajów. Muzeum Inżynierii Miejskiej w Krakowie, mieszczące się przy byłej zajezdni tramwajowej w starej żydowskiej dzielnicy Kazimierz, gościło główne koncerty EthoKraków 2019. Poniżej kilka odręcznych szkiców z festiwalu.

Tamara Obrovac i jej zespół Transhistria Ensemble wystąpili po węgierskim wirtuozie skrzypiec, Félixie Lajkó, który otworzył festiwal 3 lipca. Kwintet ten eksploruje dźwięki półwyspu Istria – tej części wybrzeża Adriatyku, która rozciąga się od Włoch przez Chorwację i Słowenię. A kiedy mówimy o brzmieniu tego regionu, mamy na myśli szerokie znaczenie – połączenie języków, przeplatanie głosów, dających nam możliwość odkrycia nieznanych włoskich dialektów z inkrustacjami słowiańskimi i chorwackimi literami o łacińskim wdzięku.

Szerokość geograficzna implikuje też pewne powiązanie. Głos Tamary Obrovac zdaje się przypominać nam po raz kolejny, że muzyka nie trzyma się konwencji – ponieważ w jego barwie i powściągliwości ludowego jazzu można wyczuć ślady fado, reminiscencje Marii del Mar Bonet, orientalne tropy, odległe sefardyjskie echa, litanie muezina, a nawet szarpane struny buzuki czy zawodzącej mandoliny. Mare Nostrum, w całej swojej okazałości, w stanie czystym, poskramia słowiańskie wnętrze w wodach Adriatyku i przypomina nam, że kawałek Bałkanów obmywany jest również przez Morze Śródziemne.

W utworach jak Sama (Sama), Bez tebe (Bez ciebie) czy Se me ra morta privari (Jeśli śmierć mnie zwiedzie) Uros Rakovec (gitara i mandolina), Fausto Beccalossi (akordeon), Ziga Golob (kontrabas) i Krunoslav Levacic (perkusja) towarzyszyli Obrovac, wybierając z szerokiego wachlarza własnych motywów i z tradycyjnych inspiracji, zrodzonych na solidnej i znakomitej bazie jazzowej. Opierając się na nich, chorwacka wokalistka, przeplata najbardziej rodzimą deklamację z improwizowanymi scatami, uwalniając emocje i siebie. To znakomity kwartet instrumentalny doskonale zgrany ze swoją frontmenką.

Akordeonista Beccalossi otworzył występ porywającymi akordami, pod którymi mógłby podpisać się sam Piazzola. Chociaż Istria i Mar de Plata mają niewiele wspólnego na mapie, Transhistria Ensemble, odwołujący się niezmiennie do wolności jazzu, zakończył swój występ właśnie tango – nie mogło być to nic innego niż Tango istryjskie.

Kilka minut później Tomasz Kukurba, członek Kroke i jeden z prawdziwych guru środkowoeuropejskiej muzyki klezmerskiej, zaprezentował swój nowy projekt Kukurba-Słowiński z udziałem polskiego skrzypka Stanisława Słowińskiego. Dwóch autentycznych skrzypków z dzikiego Wschodu sprawiło, iż  niegdysiejszą zajezdnię tramwajową przez ponad półtorej godziny wypełniała adrenalina. Uczestniczyliśmy w pojedynku na struny – Kukurba na altówce i Słowiński na skrzypcach – gdzie żaden z muzyków nie zachował dla siebie ani odrobiny energii. Podczas występu wyróżnić można było niezwykłą synchronizację i wigor obszernych solówek (czasami unisono, czasami jako powtórzenia). Jesteśmy przyzwyczajeni do znacznie bardziej powściągliwego Kukurby w Kroke, który tu, obok Słowińskiego, pokazuje swoją bardziej nieokiełzaną i ekstrawertyczną stronę. To muzyczne rodeo, w którym uczestniczyli także młodzi muzycy: Franek Raczkowski (klawisze), Justyn Małodobry (kontrabas) i Dawid Fortuna (perkusja).

W poszukiwaniu autentyczności

Ilu śpiewaków, niezależnie od gatunku muzycznego, ośmiela się dziś śpiewać dla dużej publiczności bez mikrofonu i scenografii jako sojusznika? Od wielu dziesięcioleci w naszym muzycznym życiu codziennym przyzwyczailiśmy się do skalowanego wzmocnienia głosu, rozwiązania, które w końcu pokonało obiekcje purystów. Dlatego po usłyszeniu, przy pustej wciąż scenie, pierwszych dźwięków pieśni intonowanej przez zbliżających się do niej z boku śpiewaków, zrozumiałem, że będziemy świadkami czegoś zupełnie innego niż to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni.

Różnorodnym arabeskom techniki oświetleniowej i mniej lub bardziej przyjaznym aranżacjom miksera rosyjsko-ukraińska formacja Virtualna Derevnia przeciwstawia swoje głosy i kolorowe tradycyjne stroje. Nic więcej nie trzeba ponad moc strojów i strun głosowych.

Zmysłowe i meandrujące jak wody Wołgi – w ten sposób Olga Gnievsheva opisała jeden z tradycyjnych tańców, wykonywanych przez tę grupę śpiewających a cappella weteranów w swojej krótkiej, ale intensywnej lekcji mistrzowskiej z zakresu słowiańskiej etnografii. Członkowie Virtualna Derevnia (Wirtualna wioska) znają się od dziesięcioleci, ponieważ razem studiowali w Konserwatorium Moskiewskim. Na jednym ze spotkań promocyjnych okazało się, że są całkowicie oddani rosyjskiej muzyce tradycyjnej – i od tej drogi nie było już odwrotu. Od tego czasu spotykają się kilka razy w roku, aby dać upust swojej muzycznej miłości do folkloru.

Pomimo pozornie futurystycznej konotacji swojej nazwy, jest to jedna z najpiękniejszych i najwierniejszych rekonstrukcji folklorystycznych, z jaką zetknęliśmy się od wielu lat. Ledwie słyszalna perkusja (podeszwa buta lub psalmodia skrzypiec w pętli), a do tego głosy, czyste głosy (śpiewy, narracje, lamenty, peroracje, inwokacje, egzaltacje). Duety, trojki i odpowiedzi chóru – nieco ponad godzinny atawizm przeniesiony na scenę. Prostota przede wszystkim: choreografia była równie prosta, co przekonująca, emanująca autentycznością i dobrze przyswojonym archaizmem. Dzięki niej możemy obserwować cykl życia podporządkowanego naturze, całkowite poddanie się jej – pełnej radości i co najmniej podniosłej w kulminacyjnych momentach.

W ostatniej części uczestniczyły dzieci muzyków – drugie pokolenie Virtualnej Derievny. A nazwa grupy zobowiązuje. Mieszkający w różnych zakątkach Rosji, Ukrainy i Francji zespół istnieje dzisiaj, o ironio, dzięki wirtualnej rzeczywistości. Spotykają się jedynie kilka razy w roku, aby ćwiczyć i wprowadzać w życie to, co wcześniej przygotowali zdalnie, w szczególnej formule home office, broniąc się zdecydowanie przed kulturą popularną.

Zanim zanurzyliśmy się w tę prowizoryczną rosyjską osadę na centralnej scenie EtnoKraków zagościła Teresa Mirga & Kałe Bała, przedstawiciele mniejszości romskiej w Polsce. W towarzystwie gitar, akordeonu, cajonu i darbuka cygańska weteranka śpiewu i poetka przedstawiła nam po polsku niektóre ze swoich ostatnich utworów. Podobnie jak Virtual Derievna, grupa Svetlana Spajic otworzyła sekcję In Crudo – kolejną lekcją mistrzowską z tradycyjnego serbskiego i bałkańskiego śpiewu.

Węgierski Szépszerevel – Gyulai Farkas (flet, skrzypce i kaval) i Sámsondi Gergely (kobza) i talerze - zamknął piątkowy wieczór koncertem o 22:30 w tzw. Strefie EtnoKraków, na centralnej ulicy Starego Miasta. Niewiele wcześniej jego rodacy, Meszecsinka, w stylizacji bardzo zbliżonej do „psychodelicznego folku”, pożegnali słuchaczy na wolnym powietrzu, pod zamkiem na Wawelu.

W weekend koncertów było jeszcze więcej, z udziałem międzynarodowych, tradycyjnych zespołów muzycznych z innych kontynentów, takich jak zespół Bel Air z Forró (Brazylia) czy pieśniarka Saharawi Aziza Brahim. Był to także czas na ponowne odkrycie innych zakątków Europy, leżących z dala od Krakowa – Loogaroo (Belgia), Tuuletar (Finlandia) czy Manchester Inspirational Voices (Wielka Brytania).

Bez gwiazdorstwa

Wielkie letnie festiwale przyczyniły się jeszcze bardziej do wnoszenia na piedestał gwiazd rocka. Scena i kulisy to znacznie więcej niż święte przestrzenie, podobnie jak ołtarz czy zakrystia. Dlatego doceniamy spotkania takie jak EtnoKraków, gdzie muzycy pięć minut po zakończeniu koncertu mieszają się ze słuchaczami, a wielu z nich korzysta z okazji, by wysłuchać innych zespołów. Rozmowa z nimi nie wymaga żadnego nadzoru, pokonania kordonu bezpieczeństwa czy wcześniejszego umówienia. Co więcej, często może to być przypadkowe spotkanie jak między równymi sobie, bez udawania po żadnej ze stron. Naturalność przede wszystkim.

Stało się to, zanim do akcji wkroczyli dwaj członkowie węgierskiej grupy Szépszerével. W jednej z setek  krakowskich piwnic, w których wrzały i nadal wrą galicyjskie noce, 5 lub 10 metrów pod ziemią, pod brukiem ruchliwej ulicy Św. Tomasza trwa impreza po oficjalnym programie. Tam bawią się dalej, nierozłączna para mistrzów ceremonii – tłumacz w smokingu i góral z Tatr w tradycyjnym stroju – pełniący rolę przewodników i prezenterów. Przyzwyczailiśmy się do oglądania ich każdego wieczoru, wydają się bowiem parą dobrze dopasowanych komików. Poliglota ze swoim nieskazitelnym angielskim akcentem i polski wieśniak z dialektalnymi naleciałościami, którym towarzyszą solówki na flecie. Po podziękowaniach w kilku językach zaczyna się taniec na improwizowanym parkiecie. Jak powiedział jeden z dwóch Węgrów na scenie przed odłożeniem skrzypiec: „Nie musicie rozumieć języka węgierskiego, ponieważ utwór nie ma tekstu, a kroki nie są skomplikowane”. Jakby tego było mało, ścisk na improwizowanym parkiecie sprawia, że najnormalniejszą rzeczą na świecie jest, że krąg tancerzy wcześniej czy później będzie coraz mniej przypominał koło.