Ta strona używa plików cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia zindywidualizowanych usług oraz tworzenia statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia w opcjach Twojej przeglądarki. więcej informacji
EN
07 07

EtnoKraków/Rozstaje dzień trzeci. W krainie uśmiechu

Piątek był na festiwalu EtnoKraków/Rozstaje dniem tańca, a jednocześnie muzyki która – dogłębnie zanurzona w tradycji – potrafi rozkołysać, rozbawić, a wręcz zachwycić i zaczarować publiczność. Przynieść jej nie tylko świetne dźwięki, ale i mnóstwo radości.
Pozytywny szał, bezpretensjonalna zabawa, spontaniczny taniec towarzyszący dynamicznej, rozkołysanej, rozwibrowanej muzyce – to pierwsze wrażenia postronnego widza z piątkowych koncertów tegorocznego festiwalu EtnoKraków/Rozstaje. Rzeczywiście, Plac Wolnica, który był tego dnia główna areną festiwalowych spotkań, zamieniał się momentami niemal w wielki parkiet taneczny. Płynęła bowiem błyskotliwa, wielobarwna, niczym w kalejdoskopie, muzyka o pozytywnym przesłaniu, szalenie melodyjna, swą ekspresyjną mocą trafiająca chyba do każdego. To jej naturalny wdzięk i zniewalający powab sprawiały, że tego dnia na Placu Wolnica niemal wszyscy się do siebie uśmiechali, kołysząc się w takt dźwięków z różnych zakątków globu.

Ekspresja i perfekcja
Inna sprawa, że było w tejże muzyce – mimo jej pozornej frywolności i lekkości – tyle wyrafinowanych, fascynujących zwrotów: rytmicznych, melodycznych, aranżacyjnych, że powinna zachwycić nawet najbardziej wybrednych słuchaczy. Artyści z trzech kontynentów zaoferowali publiczności taką właśnie niepospolitą przygodę, mogącą być swoją drogą znakomitym przykładem dla wielu polskich niefolkowych plenerowych koncertów. Oto bowiem muzyka ewidentnie taneczna, ewidentnie pobudzająca publiczność, ma w sobie także istotny wymiar kulturowy, intelektualny, jest ważnym i twórczym dialogiem z tradycją. Nie przestając być ludyczną jest również zachwycająca i fascynująca w sensie formalnym, muzycznym. Nie mówiąc już o wykonawczej ekspresji – i perfekcji. Na Placu Wolnica wystąpili tego dnia Mamadou Diabate & Percussion Mania z Burkina Faso, dalej Söndörgő z Węgier i Amsterdam Klezmer Band z Holandii we wspólnym projekcie Szikra, Marco Markovic Brass Band z Serbii oraz Chico Trujillo z Chile. Tanecznie było również w dalszej części wieczoru, a właściwie nocy, gdy w klubie Strefa podczas Balfolkowej Nocy Tańca zagrały zespoły: Sprinkle Blizzard, Balquemia i Korolev–Gałczewski–Biel.

Na dwa balafony
Popołudnie i wieczór na Placu Wolnica rozpoczęliśmy przepiękną wycieczką do Afryki i nie przeszkodziła w tym, fatalna wówczas, pogoda. Pochodzący z Burkina Faso Mamadou Diabate wraz ze swym międzynarodowym zespołem Percussion Mania przedstawił muzykę pełną żywiołowości, której charakter i specyfika rodzą się wokół brzmienia balafonu – tradycyjnego zachodnio afrykańskiego instrumentu, na którym grał lider formacji. Diabate należy do rodziny griotów, którzy od wielu pokoleń przy pomocy muzyki i pieśni opowiadają historię ludu Sambla. Brzmienie jego grupy jest unikalne z uwagi na wykorzystanie nie jednego, ale dwóch balafonów jako instrumentów organizujących brzmienie formacji. Taneczne, kołyszące rytmy świetnie wprowadziły w klimat wieczoru, a entuzjastycznie reagujący słuchacze dodawali natchnienia wykonawcom.

Szikra znaczy iskra
Szikra, to jak ktoś napisał jedna z największych atrakcji tegorocznych letnich festiwali w całej Europie. To, zdaniem niektórych, wręcz sensacyjne połączenie sił dwóch bardzo dobrze znanych, doświadczonych i ogromnie cenionych na scenach world music zespołów: węgierskiego Söndörgő i holenderskiego Amsterdam Klezmer Band. Pierwsi są jedną z najlepszych, najciekawszych europejskich grup ostatnich kilku lat, która zasłynęła grając wyłącznie na akustycznych instrumentach strunowych swą dynamiczną, rozwichrowaną muzykę. Określani pół żartem – pół serio jako „najszybsze palce world music” znaleźli zdumiewająco bliskich sobie partnerów w holenderskich klasykach, którzy od dawna są szalenie cenieni za swą niekoniecznie odkrywczą, za to niezwykle wyrazistą i własną fuzję tradycyjnej muzyki klezmerskiej, bałkańskiej, cygańskiej i współczesnej. Zaplecione w siebie propozycje obu zespołów, i zmieszane składy, przyniosły ożywczą, pełną pozytywnej energii muzykę – otwartą, improwizowaną, lekką i przyjemną, a daleką od banału.

Serbskie trąby
Tradycja bałkańskich romskich orkiestr dętych to coś czego w naszym kraju nie trzeba specjalnie promować czy reklamować. Nurt ten ma bowiem od lat szerokie grono wiernych wielbicieli. Rzecz zabrzmi jeszcze bardziej emocjonująco jeśli w tym kontekście zabrzmi nazwisko Marković. Bo przecież Boban Marković to jeden z symboli tego nurtu. Tym razem do Krakowa przyjechał ze swym Brass Bandem niemniej uzdolniony i niemniej magnetyczny Marco Marković – syn Bobana. Marko przez lata grał w zespole ojca, później w nim współliderował, a od kilku lat stoi na czele własnego zespołu, w którym ożywczo rozwija podobną formułę muzykowania. Oparta na rozbudowanej sekcji dętej, z decydującym o wszystkim brzmieniu trąbki, przypadła do gustu słuchaczy. Zwłaszcza, że otwarta była na inne nurty – jak reggae czy funk – ale też przynosiła za sobą wielkie bałkańskie przeboje.

Cumbia jak dynamit
Prawdziwym dynamitem okazała się też wybitnie rozkołysana muzyka kilkunastoosobowego chilijskiego zespołu Chico Trujillo. Grupa, uważana dziś za jednego z najlepszych ambasadorów nowocześnie rozumianej południowoamerykańskiej cumbii, proponuje morderczo dynamiczną i zdumiewająco finezyjną muzykę – świetnie zaaranżowaną, a zarazem pełną dzikości, radości, spontaniczności, które udzielały się też licznym słuchaczom. Twórczość grupy ma też w sobie tę obezwładniającą radość i fantazję, że Plac Wolnica zamienił się nie tylko w taneczny parkiet, ale i w przestrzeń ludzi uśmiechniętych, rozbawionych. Twórczość chilijskiej grupy, mocno osadzona w rytmicznych podziałach, z rewelacyjnym brzmieniem wszystkich instrumentalistów była też przykładem perfekcyjnego, zdyscyplinowanego grania.

Bal folkowy
Piątek zakończył się balfolkową imprezą w klubie Strefa. Czym jest balfolk? To, inaczej mówiąc, folkowe potańcówki, zazwyczaj przy muzyce granej na żywo. Bezpretensjonalna zabawa z tańcami, odwołującymi się do różnorodnych kulturowych tradycji, przede wszystkim różnych regionów Europy. W klubie Strefa długo w noc do tańca grali krajowi artyści, ale też współpracujący z nimi instrumentaliści z innych krajów, muzykujący w zespołach: Sprinkle Blizzard, Balquemia oraz Korolev– Gałczewski–Biel. Tego dnia taniec okazał się najpełniejszym wyrazem aktualności muzycznej tradycji.